Puls Polonii Lipiec 2005
Divertimento Zmieszane
Dochodziła godzina 3. Na parkingu przy Klubie Polskim w Bankstown ruch jak diabli. Ludziska się spieszą, bo już za chwilę ma się rozpocząć przedstawienie. A tu jeden drugiemu drogę zagrodził, ani sie ruszyć, ani samochód porzucić...Próbuję się wycofać i, niestety, w czasie wycofki ląduję kuprem samochodu na chropawym murze...Słyszę srebrny jęk lakieru. Cholera, jak ja się będę bawić na tym kabarecie?!!!
Ledwie kurtyna się rozsunęła przy dźwiękach „Piosenka jest dobra na wszystko...”, ledwie padły pierwsze słowa, ledwie pacjent w kolejce do dentysty pokazał swą zbolałą gębę, a chór pacjentów zaśpiewał „Ząb, zupa,dąb”----kwiczałam ze śmiechu zapomniawszy o samochodzie.
Ludzie, marsz do teatru na Divertimento zmieszane! Na tym spektaklu usmieje się każdy, duży i mały Polak z okolic Sydney. Z rozprutą blacharką i czystym sumieniem polecam Państwu spotkanie z Teatrem Fantazja i Zespołem Razem. Pomysł mariażu tych dwóch zespołów był strzałem w dziesiątkę. Udało się wspaniale. Nie wyobrażam sobie, że zeszli się pierwszy i ostatni raz. Mnie się marzy taki kabaret co dwa miesiące!
Dla mnie największą niespodzianką wieczoru była Jola Komincz, której przypadło kilka różnych ról, poczynając od akompaniatorki, po spiewającą i nader zgrabnie po scenie się poruszającą gwiazdą. Jola, jak się okazało, to wspaniały talent kabaretowy. Podejrzewam, że sama siebie zaskoczyła nowo objawionymi talentami. Jakże świetna była jako paniusia odziana w futro w piosence z Kabaretu Starszych Panów – SZUJA. To był interpretacyjny majstersztyk!
Tak się zastanawiam, co by to było, gdyby ta powabna, energiczna, i zabawna Jola Komincz połączyła swe siły z kabaretowym „dynamitem” z Newcastle – z piosenkarka Asią Łunarzewską... Chyba by obie rozniosły Sydney, Newcastle i całą Nową Południową Walię! I wespół w zespół, i wespół w zespół co one by wymyśliły?!
Chyba najbardziej komicznym momentem spektaklu było pojawienie się na scenie lekarza stomatologii, czyli Beaty Rumianek w roli---dentystki! Sala zawyła ze śmiechu, ja też, choć gdzieś tam w podświadomości kołatał mi się jeszcze obraz poharatanej karoserii. Gdybym była pacjentem, niechybnie zemdlałabym ze strachu przed tą (sceniczną) dentystką, bo to 1) nie chucherko, 2) samouk, który zawodu uczył sie na wsi, eksperymentując z zębami wideł i grabi głownie...
Może więc lepiej dać sobie wyrwać ząb za pomocą palmy, jak to robią tubylcy z Oceanii, który to sposób zachwalała paniusia, co w kolejce do dentysty robiła na drutach... a tę paniusię, nota bene, zagrała Janina Rychcik. W ogóle ta poczekalnia to niezwykłe miejsce: śliczna, gibka, roztańczona asystentka (w tej roli Ewa Kubeł) serwuje tu wódeczkę Dryblasowi i zapewnia „działalność rozrywkową” różnym facetom, którzy nie wiedzieć, po co tu przyszli, bo chyba tylko jednego tak naprawdę boli ząb...
Ooooch...Ząb zupa dąb...
Jest taki zbolaly facet z podwiązaną szczęką (gra go Piotr Lemieszek), który ciągle wyje: O Boże, ja już tego nie wytrzymam! Wraz z wierną narzeczoną chce rzucić się z okna. Narzeczona , owszem, wypadła, ale cała i zdrowa wróciła: ‘Mam słabą grawitację” – mówi grająca tę rolę Bożena Szymańska, a ja kwiczę ze śmiechu, bo sobie wyobrażam, jak Narzeczona bezpiecznie buja się w powietrzu dzięki tej słabej grawitacji, co ma kształt spadochronu. Nikt inny z gabinetu nie ucieknie, bo na schodach warują złe psy: Złoto, Mirra i Kadzidło.
Jako się rzekło, reszta to dziwne towarzystwo. Na przykład Dryblas. Spędza tu całe dni tylko po to, aby sobie uświadomić, że jego nic nie boli! Na przykład pijaniutki w dym Krótkowidz (ta rola z prawdziwą ekspertyzą zagrana przez Andrzeja Świtakowskiego).
Na przykład Prawdziwy Mężczyzna. To chyba największa rola, jaka do tej pory trafiła siee Ryśkowi Techmańskiemu. Prawdziwy Mężczyzna przychodzi do dentysty, aby sie przekonać czy jest prawdziwym mężczyzną: jeśli przeżyje ekstrakcje totalną, to znaczy, że jest. Jest nim, czy nie jest- oto jest pytanie, na które odpowie sobie każdy, kto pójdzie na kabaret. Czy Techmański zdaje sobie sprawę, ile ma w sobie tej vis comica ? Sam ją wykrzesał, czy też reżyserka w nim ten talent wypatrzyła i wyhodowała?
Joanna Surucic to prawdziwa fachmanka, na dodatek osobowość charyzmatyczna i osóbka o perlistym śmiechu. Nic dziwnego, że aktorzy się do niej garną i przy niej kwitną talentami.I to na dodatek przy takim energicznym, jak Staszek Mikołajski, dyrektorze.
Myśle, że i Sylwester Gładecki nie podejrzewał w sobie tej siły komicznej , jaka wyszła na jaw na scenie, zwłaszcza u ubranego w piżamę zdradzonego kochanka, co rozpaczliwie stwierdzał „Już kąpiesz się nie dla mnie...”
Wszyscy mi się podobali, bawiłam się szampańsko, nie tylko dzięki aktorom i reżyserce, ale także dzięki Leszkowi Szymańskiemu, który zadbał o znakomite nagłosnienie.
Nie wiem, jakich to cudów dokonał, widziałam tylko nad sceną sieć mikrofonów...pewnie wypożyczonych za spore pieniądze...Widać wiedział, jak się zabrac do dzieła. Podobno kiedyś w Polsce pracował w telewizji jako inżynier akustyk. No proszę, na emigracji przydaje się każde doświadczenie.
Wypada jeszcze złożyć ukłon w stronę Starszych Panów, a zwłaszcza Pana Jeremiego, który zza grobu dba o to, abyśmy - ząb zupa dąb - ćwiczyli polszczyznę na giętkich naszych językach, zwrotka za zwrotką, śmieszną i wiotką, bęc!
No cóż, miło było pobawić się szampańsko. Teraz człowiek marzy, aby na nowy program kabaretowy chodzić najdalej co dwa miesiące. Pani Joanno, słyszy to Pani?
Ernestyna Skurjat








